Kolejny deszczowy dzień nie poprawiał mi humoru. Miałam dość dosłownie wszystkiego. Szłam kolejną szarą ulicą mijając obojętnych ludzi i myśląc o swoim beznadziejnym życiu. Popatrzyłam na niebo. Krople deszczu delikatnie muskały moją twarz. Przeszedł mnie dreszcz, pomyślałam o kubku gorącej kawy. Takie dni uwielbiałam spędzać z Victorią.
Rozejrzałam się - przecież właśnie w tym miejscu umówiłam się z Kaiem - spojrzałam na zegarek. Była równo siedemnasta. Mój chłopak rzadko się spóźniał. Poczekam jeszcze chwilę- pomyślałam i naciągnęłam kaptur na głowę. W okolicy było pusto. To ulubione miejsce w którym spotykałam się z przyjaciółmi. Usiadłam na murku, tak dobrze mi znanym. Poczułam się bezpiecznie. Zamknęłam oczy. Dzisiejszy wieczór miał wyglądać inaczej. Nicole chciała wyrwać mnie z domu i pójść na imprezę, ale moje plany jak zwykle zmienił jeden esemes.
Lily trafiła do szpitala. Przyjedź. -Victoria.
Już się przyzwyczaiłam. Usłyszałam kroki. Otworzyłam oczy, w moją stronę szedł wysoki mężczyzna. To na pewno nie Kai. Wstałam i jak najszybciej ruszyłam do wyjścia. Mężczyzna podążył za mną. Włosy opadły mi na oczy. Przystanęłam i odgarnęłam je z twarzy. Spojrzałam przed siebie. Z daleka widziałam kolejnego mężczyznę. To Kai - pomyślałam i zaczęłam biec w jego stronę. Zatrzymałam się raptownie. To nie on. Rozejrzałam się w panice. W tym miejscu rzadko pojawiają się jacyś ludzie. Nigdzie nie mogłam znaleźć ratunku. Zbliżali się do mnie, a ja stałam jak wryta. Rozejrzałam się jeszcze raz i puściłam się pędem. Jeden z mężczyzn złapał mnie za ramię. Próbowałam się wyrwać, ale on nie puścił. Był za silny. Poczułam ból, starałam przypomnieć sobie lekcje samoobrony, ale do głowy przyszło mi tylko to, że powinnam kopnąć go w krocze. Właściwie nie myślałam. Kopnęłam go zanim drugi mężczyzna mnie dopadł. Zobaczyłam uliczkę, prawdopodobnie ślepą, ale może tam ktoś jest. Pobiegłam w tamtą stronę.
Nikogo tam nie było, ale murek nie był zbyt wysoki. Próbowałam się na niego wdrapać. Czyjeś silne ręce złapały mnie i pociągnęły w dół. Zabrakło mi powietrza w płucach.
- Czego ode mnie chcesz?!
Mężczyzna się nie odezwał. Zamiast tego rzucił mnie na ziemię. Moje ciało przeszył ból.Trzymał coś w rękach. Przez deszcz nie widziałam co. Uniósł to w górę i upadł. Za nim stał chłopak mniej więcej w moim wieku. Wyciągnął do mnie rękę.
- Wszystko w porządku?- zapytał.
- Tak. Dzięki.
- Pomóc Ci wstać?- uniósł brwi.
Ujęłam jego dłoń. Była zaskakująco ciepła jak na taką pogodę. Kiedy próbowałam wstać, moją kostkę przeszył ból.
-Auu!- krzyknęłam. Uklękną przy mnie.
-Mogę Cię podnieść i zanieść...gdzieś. Masz jakieś konkretne życzenia?
-Tak...to znaczy, to nie będzie kłopot?
-Nie. I tak nie mam co robić.
Chłopak zaniósł mnie do szpitala gdzie wreszcie poczułam się bezpiecznie. Zostawił mnie u lekarza, a kiedy wyszłam i chciałam mu podziękować już go nie było. Poczułam się dziwnie zawiedziona z tego powodu. Przecież nawet go nie znam.
______________________________________________________________________________
Prolog pisany od 22:00 do 24:00 xD Proszę o szczere opinie w komentarzach. Może ktoś ma jakieś sugestie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz